ALBERTO CISOLLA - Znów na igrzyska!
16/04/2008 19:37:15

Jastrzębski Węgiel postawił wam wysoko poprzeczkę. Spodziewałeś się takiej gry polskich rywali?
- Prawdę mówiąc, tak. Wiedziałem, że w zespole jest kilku graczy z międzynarodowym doświadczeniem, i na nich trzeba będzie bardzo uważać. Spotkanie było bardzo trudne. Zaczęliśmy z wysokiego "C", ale potem nasza siła w ataku zmalała, i pozwoliliśmy rywalom rozwinąć skrzydła. Przez pierwsze dwa sety graliśmy dobrze, ale później zgubiliśmy gdzieś nasz polot i inteligencję. Na szczęście do tie breaka przystąpiliśmy z pełną koncentracją, i dzięki swojej ogromne dojrzałości, wygraliśmy. W rewanżu musimy jednak zagrać znacznie lepiej, od początku do końca, i nie możemy sobie pozwolić na wahania formy, bo może się to dla nas źle skończyć. Zwłaszcza, że w końcowym rozrachunku o awansie do dalszych gier mogą decydować wygrane (bądź przegrane) sety.
Jak bardzo pomocny w rozpracowaniu rywali był trener Tomaso Totolo?
- Tuż przed spotkaniem z Jastrzębiem, trener Totolo rzeczywiście przekazał nam kilka uwag na temat taktyki przeciwników, rozwiązań technicznych, jakie mogą stosować, i to się sprawdziło. Ale dokładnie te same informacje dostajemy przed każdym innym spotkaniem, nic ponadto nie usłyszeliśmy. Bardziej pomogła nam chyba znajomość niektórych graczy z rywalizacji w kadrze narodowej. Dobrze znamy Dawida Murka, czy Ewgenia i Nikołaja Iwanowów, przeciwko którym graliśmy wielokrotnie.
Włoskie zespoły słyną z doskonałego przygotowania taktycznego. Czy dlatego włoska Serie A wciąż pozostaje najsilniejszą ligą na świecie?
- Serie A jest jedną z najsilniejszych lig na świecie, ale nie dałbym sobie obciąć głowy, że jesteśmy najlepsi. Ostatnie lata przynoszą wiele zmian w światowej siatkówce, ze szczególnym wskazaniem na znaczny wzrost poziomu gry w Europie. Ja osobiście uważam, że Rosjanie mają równie solidną ligę. Również Polska, gdzie przyjeżdża coraz więcej renomowanych siatkarzy z zagranicy, powoli rośnie w siłę. Oczywiście z dnia na dzień wasza liga nie stanie się odpowiednikiem Serie A, na taki poziom trzeba pracować latami.
Dlaczego zatem dla Włochów rodzima liga wciąż jest ważniejsza niż europejskie puchary?
- A kto Ci coś takiego powiedział? (śmiech) Poważnie mówiąc, rzeczywiście czasami tak jest. Jeżeli musimy wybierać pomiędzy Serie A a pucharami, to stawiamy na pierwszym miejscu sukces we własnym kraju. Ale to nie działa w przypadku Ligi Mistrzów, którą uważam, wszystkie włoskie zespoły traktują niezwykle prestiżowo. Powiedziałbym nawet, że z roku na rok nabiera ona większego znaczenia, chociażby ze względu na rosnącą konkurencję i coraz wyższy poziom gry europejskich zespołów. Zwycięstwo w Lidze Mistrzów nie przychodzi już tak łatwo, jak jeszcze kilka lat temu, o czym włoskie ekipy przekonały się boleśnie w poprzednim sezonie. Ja mogę przyrzec z całą stanowczością, że Sisley zawsze traktuje poważnie rozgrywki międzynarodowe, i nigdy nie lekceważy rywali w międzynarodowych zawodach. Ale podczas długiego i ciężkiego sezonu, jeśli musimy dokonać wyboru, to stawiamy na własne podwórko. I naprawdę, nie dlatego że jesteśmy Włochami, ale...właściwie sam nie wiem dlaczego.
Jaka jest Twoja opinia na temat nowej pary szkoleniowców Sisleya, Dal Zotto - Totolo?
- To bardzo dobry zestaw trenerów. Obaj, mimo młodego wieku mają już spore doświadczenie. Totolo jako szkoleniowiec w kadrze narodowej i siatkówce klubowej, Dal Zotto z kolei jeszcze kilka lat temu sam był zawodnikiem, więc łatwiej jest mu "wejść" w skórę siatkarzy, zrozumieć co myślą, czują, i powinni zrobić w danej chwili. Tym, co ich obu łączy jest ogromna dawka pozytywnej energii, którą nas "zarażają".
Trener Dal Zotto dość żywiołowo reaguje podczas meczów - odpowiada Ci taki styl prowadzenia zespołu?
- Renan Del Zotto jest kompletnym przeciwieństwem Daniele Bagnoliego, który zawsze był opanowany i wstrzemięźliwy w gestach. Czasami mam wrażenie, że Del Zotto wskoczy na parkiet i włączy się do gry. Mnie jego styl bardzo odpowiada, i czasami mam wrażenie, że ta jego siła i ekspresja przenika do mnie, i powoduje że gram skuteczniej. Nie sposób wyrazić sowami tego uczucie, ale ma ono bardzo korzystny wpływ. Trudno mi jednak dziś powiedzieć który styl bycia jest bardziej efektywny. Spytaj mnie o to jeszcze raz po zakończeniu sezonu...
Tomaso Totolo z kolei, będąc w Polsce, zasłynął z nietuzinkowych metod motywowania siatkarzy - wysyłał sms-y, gotował obiady. To element włoskiej szkoły trenowania czy indywidualne predyspozycje?
- Muszę Ci powiedzieć, że to dość chwytliwe i popularne metody w Italii, ale oczywiście nie każdy szkoleniowiec ma odwagę i predyspozycje właśnie, by ich używać. Ja sam spotkałem się wielokrotnie z podobnymi sposobami "docierania" do zawodników, i muszę przyznać, że za każdym razem są one jednakowo skuteczne.
Jak oceniasz szanse na kolejne ligowe złoto?
- Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, ale zdajemy sobie sprawę, że będzie trudniej, niż rok temu. Przy tak wyrównanej stawce, jaka jest w naszej lidze, ogromną rolę odgrywa szczęście. Nie tylko takie zwykłe, siatkarskie szczęście, które czasem pomaga wygrać mecz. Jeżeli dotrwamy do końca sezonu bez kontuzji, to jest ogromna szansa, że po raz kolejny wygramy. Jeśli jednak zabraknie chociażby jednego, kluczowego zawodnika, to będzie znacznie trudniej.
Najgroźniejszy rywal w walce o najwyższy laur?
- Zdecydowanie Roma Volley, za którą przemawiają gracze o ogromnym doświadczeniu, jak chociażby Milijkovic. Myślę, że będzie się liczyć również Simone Modena, ze świetnymi Brazylijczykami, no i może jeszcze Piacenza.
Taką "normą" jest również Twoja obecność w Sisleyu....nie kusi Cię, żeby w końcu zmienić klub?
- Z Sisleyem związałem się w 1989 roku, jeszcze jako wczesny junior. Myślę, że dziś mogę nazwać siebie szczęściarzem, bo urodziłem się w mieście, w którym jest jedna z najlepszych drużyn w Europie, i tam mogłem trenować o boku najlepszych. Z każdym kolejnym sezonem, miałem coraz wyraźniej swoje własne miejsce w zespole, i byłem z nim coraz bardziej zżyty. W 1996 roku zadebiutowałem w Serie A w pierwszym składzie, i pozostaję w nim do dzisiaj, jestem jakby nieodłączną częścią tej ekipy. Czasami miałem dość i chciałem zmienić klub, otoczenie, ale gdy emocje opadały i wracał zdrowy rozsądek, uznawałem, że Sisley to najlepsze miejsce dla mojego rozwoju i kariery sportowej. Nie mówię jednak, że w przyszłości, może nawet w następnym sezonie, nie zmienię decyzji.
Na razie jednak wciąż jesteś siatkarzem, grasz nie tylko w Treviso, ale również w reprezentacji, w której zaszły ostatnio spore zmiany....
- Cóż....ostatnie dwa lata, to właściwie ciągłe pasmo porażek reprezentacji Włoch. Oczywiście, to nie jest wyłącznie winą trenera, ale stało się jasne, że coś trzeba zmienić. Nowy trener to zawsze jakiś powiew świeżości, szansa, że coś może się zmienić.
Trener Montali obejmując kadrę stawiał konsekwentnie na Ciebie, myślisz że Andrea Anastasi zrobi podobnie?
- Rzeczywiście powinienem być wdzięczny Montalemu, że postawił na mnie, i tak też jest. Nigdy nie powiem o nim złego słowa. Ale z drugiej strony, nie wiem czy na chwilę obecną jestem wystarczająco silny, by pomóc zespołowi wygrywać, i nie mam pojęcia czy Anastasi widzi mnie w wyjściowej "szóstce".
Za kilka tygodni reprezentacja Włoch rozpoczyna walkę o awans do Igrzysk Olimpijskich. Jak oceniasz szanse?
- To jest bardzo duże wyzwanie dla siatkarzy, i dla nowego szkoleniowca. Wiele zależy od tego, czy poradzimy sobie z presją, jaka na nas ciąży. Ostatnio spadła na kadrę lawina krytyki, każdy, najmniejszy nasz ruch jest bacznie obserwowany i komentowany, a to nie pomaga. Do tego, jak wspomniałem wcześniej, mamy bardzo mało czasu na przygotowania. Na chwilę obecną myślę, że będzie bardzo ciężko. Ale rzeczowej oceny będę mógł się podjąć dopiero wtedy, gdy znajdę się wewnątrz zespołu, gdy poczuję "klimat". Jeśli trener Anastasi powoła do składu (a wszystko na to wskazuje) starszych zawodników, jak Zlatanov, Bovolenta czy Meoni, to kto wie - może będzie nam dane uczestniczyć w najważniejszej imprezie roku. Moim zdaniem właśnie doświadczenia i ogrania tych siatkarzy zabrakło chociażby na mistrzostwach Europy.
Byłeś już na Igrzyskach Olimpijskich w Atenach, i choć spędziłeś je na ławce, to z pewnością zdążyłeś poczuć klimat tej wspaniałej rywalizacji?
- Tak...w całości spędziłem może dwie minuty na parkiecie, w meczu przeciwko Rosji, ale to wystarczyło by chcieć wrócić na olimpijskie parkiety, i stanąć przed tysięczną publicznością. Dla wszystkich sportowców nie tylko siatkarzy, największym marzeniem życia jest zagrać na Igrzyskach Olimpijskich. To chyba jedyna okazja, by naprawdę poczuć atmosferę sportu - z dala od pieniędzy, sponsorów i telewizji, możesz po prostu delektować się czystą rywalizacją. Spotykasz tysiące sportowców z całego świata, mając często jedyną okazję w życiu, by zamienić z nimi chociaż zdanie. Tam po prostu trzeba być, i doświadczyć tych uczuć na własnej skórze, inaczej nie zrozumiesz o czym mówię.
Największe marzenie siatkarskie Alberto Cisoli to pewnie złoty medal olimpijski, a marzenia pozasportowe?
- Na chwilę obecną, to chyba raczej awans do Igrzysk jest takim szczytem marzeń. Ale rzeczywiście, chciałbym, aby na mojej piersi, choć raz w życiu zawisł złoty medal olimpijski. Prywatnie natomiast moje marzenia są skupione wokół mojej ośmiomiesięcznej córeczki, Georgii. W lutym tego roku zostałem po raz pierwszy ojcem, i przyznam, że oszalałem na punkcie tego maleństwa. Mogę chyba powiedzieć, że jestem człowiekiem spełnionym. Osiągnąłem sporo w siatkówce, trzy lata temu założyłem rodzinę, po długim oczekiwaniu wreszcie zostałem ojcem - cóż więcej mogę chcieć? Chyba jestem szczęściarzem...
Rozmawiała Ilona Kobus





