Logowanie
Login:  
Hasło:  
MAGAZYN Siatkówka Online
okładka
pobierz elektroniczne wydanie Magazynu Siatkówka

pobierz
Prenumerata
Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać nowości
podaj swój email


Osoby na stronie :
Osoby zalogowane : 0
Goście : 1
Strona główna Wszystkie aktualności
 
Pokaż:
Richard Lambourne - w sporcie nie ma recepty na sukces
01/11/2008 13:47:39
Richard Lambourne - w sporcie nie ma recepty na sukces
Richard Lambourne, złoty medalista igrzysk olimpijskich w Pekinie, libero reprezentacji Stanów Zjednoczonych jest doskonale znany polskiej publiczności. Amerykanin przez ostatnie dwa sezony grał w AZS Olsztyn, z którym wywalczył dwa brązowe medale. Urodzony w Colorado Springs zawodnik, zadebiutował w drużynie narodowej w 2000 roku, dwukrotnie był wybrany na najlepszego libero Ligi Światowej w 2007 i 2008 roku.

Wywalczył wraz z drużyną złoto tych rozgrywek na niespełna miesiąc przed rozpoczęciem zmagań olimpijskich. Nie przypuszczał wtedy, że to nie koniec sukcesów na ten rok, we wspaniałym stylu, ekipa Stanów Zjednoczonych pokonała w finale igrzysk olimpijskich Brazylię 3:1.

Wydaje się, że macie patent na Brazylię, a może leży wam ich gra?

- Coś w tym jest, że przeciwko jednej drużynie gra się lepiej, a z inną idzie „pod górę”. W przeciągu miesiąca wygraliśmy z Brazylią dwa razy. Co ważniejsze, było to na kluczowych imprezach. W przypadku Ligi Światowej, mogli nie prezentować jeszcze optymalnej formy, wiadomo, każdy lekko się kamuflował, nie chciał forsować, a przede wszystkim ryzykować niepotrzebną kontuzją. Jednak pokonanie ich w finale igrzysk, uważam za wielkie osiągnięcie.

Warto było czekać na ten moment?

- Po to się gra, żeby osiągać sukcesy. Jednak w sporcie nie ma na to konkretnej recepty. Wiadomo, trzeba ciężko pracować, ale każdy zespół, który awansował do Pekinu z pewnością nie obijał się przez ostatnich kilka miesięcy. Czasem nawet katorżnicze treningi nie przynoszą oczekiwanego efektu, dlatego potrzebna jest również odrobina szczęścia. Uważam, że ten rok był niezwykle udany dla reprezentacji Stanów Zjednoczonych, słyszałem opinie, że nasza forma przyszła zbyt szybko, że nasz dość wiekowy zespół nie wytrzyma trudu turnieju olimpijskiego. Szczerze mówiąc, mało kto przed igrzyskami stawiał nas na podium, a już na najwyższym stopniu – z pewnością nieliczni. W miarę trwania zawodów, z każdym dniem grało nam się lepiej.

Kiedy uwierzyliście, że to może być wasz turniej?

- Od samego początku (śmiech)! Byliśmy bardzo dobrze przygotowani, zarówno pod względem fizycznym, jak i mentalnie. Trener przeprowadzał z nami wiele rozmów, na których utwierdzał nas, że w niczym nie ustępujemy innym zespołom. Wierzyliśmy we własne siły, na szczęście kontuzje nas ominęły i spokojnie szlifowaliśmy formę na igrzyska.

Wśród kibicujących wam fanów, liczną grupę stanowili wasi bliscy, rodziny i przyjaciele. Czy ich obecność wam pomogła?

- Kilka ostatnich miesięcy spędziliśmy z oczywistych powodów z dala od domu i rodzin. Gdy zaczyna doskwierać nostalgia i tęsknota za domem, sama świadomość, że po meczu możemy zamienić kilka słów z najbliższymi poprawia humor. Przyjechało do Pekinu sporo naszych rodaków, którzy swoim dopingiem bardzo nam pomogli. Zresztą, Amerykanie doceniają wagę olimpiady i podróżują za sportowcami, to fajna sprawa. To prawda, przyjechały tu nasze rodziny, nawet niektóre z dziećmi, jak rodzina Lloya Balla. Wierzymy, że ich obecność także przyczyniła się do naszego sukcesu.

Jak wyglądała ostatnia doba przed finałem?

- W dzień poprzedzający mecz finałowy kilka razy oglądaliśmy Brazylię na wideo. Szczegółowo omawialiśmy przeróżne akcje i zagrania naszych rywali. Staraliśmy się pójść spać w miarę wcześnie, żeby odpocząć. W dzień finału wstaliśmy bardzo rano, mieliśmy lekki rozruch, przyjechaliśmy do hali na długo przed spotkaniem, chcieliśmy się wyciszyć i skoncentrować. Najważniejsze było, aby za dużo nie myśleć.

Turniej olimpijski zaczął się dla was od rodzinnej tragedii waszego trenera, (szaleniec zastrzelił teścia szkoleniowca USA, Hugh McCutcheona i ranił teściową, przyp. red.) czy wpłynęło to na waszą grę?

- Hugh zachował się bardzo profesjonalnie. Od samego początku starał się nie zaprzątać naszych głów tą straszną historią. Przeprowadziliśmy jedną rozmowę, trener powiedział nam, że mamy się skupić na siatkówce, po to tu jesteśmy, prosił, żebyśmy nie rozmawiali między sobą o tym zdarzeniu. On zapewnił nas, że nie będzie żadnych zmian, że nas nie zostawi i nie wróci do Ameryki. Tak do końca nie wiem, co czuł, z pewnością było mu ciężko, nie sposób tak wyłączyć w głowie guzika, jak światła i zapomnieć, że zginął bliski człowiek. Przez cały czas nosił przy sobie zdjęcie synka Maksa, które zrobiła jego żona. To silny facet, który nie przestawał nas przekonywać, że najważniejsza jest nasza gra. Myślę, że to zdarzenie jeszcze bardziej nas scaliło, chcieliśmy wypaść jak najlepiej, żeby chociaż w minimalny sposób dać mu trochę radości. Przez ostatnie cztery lata staliśmy się silniejszą grupą, kolektywem w większym stopniu niż indywidualnościami, to jest również zasługa naszego trenera. Przez całe igrzyska, Hugh mocno się trzymał, emocje puściły dopiero po ostatniej piłce... Ja tego nie widziałem, szalałem na boisku z chłopakami. Jednak wszyscy jesteśmy mu wdzięczni za to, co dla nas zrobił i jak bardzo się poświęcił, zasłużył na to zwycięstwo. Zamierzam sam mu o tym powiedzieć, porozmawiać z nim i jeszcze raz mu podziękować. Dla mnie jest fenomenem.

ROZMAWIAŁA KATARZYNA GOTOWIEC

Plik do pobrania
Positive-Power