Piotr Gruszka - Połknąć bakcyla
28/12/2009 16:27:30
PIOTR GRUSZKA był gościem specjalnym tegorocznego turnieju finałowego minisiatkówki Kinder+Sport, ku uciesze setek uczestniczących w imprezie dzieci. Kolejka po autograf MVP ostatnich mistrzostw Europy z biegiem czasu zamiast maleć, jeszcze bardziej się wydłużała. Postanowiliśmy więc zapytać siatkarza o początki jego kariery i poprosiliśmy o rady dla młodych adeptów tego pięknego sportu.
Jakie pytania dzieci zadają panu najczęściej?
- Zwykle proszą mnie o autograf. Ale ostatnio byłem zaskoczony, gdy w Spale podeszła do mnie dziewczyna z SMS-u i najpierw poprosiła o koszulkę, bo grała z tym samym numerem, a potem zapytała jak zbudować zespół i jak powinien on funkcjonować. To było bardzo miłe, bo nie sądziłem, że ktoś może chcieć ode mnie takiej odpowiedzi.
A może po prostu nadaje się pan na trenera.
- To wcale nie jest taka prosta praca. Wiem, że dla wielu młodych ludzi jestem wzorem, autorytetem i chcą się ze mną utożsamiać. Ale czy zostanę kiedyś trenerem? Jeszcze nie wiem czy pójdę w tym kierunku. Choć jest to możliwe, bo mam ukończony kurs instruktora piłki siatkowej.
Pamięta pan co robił w wieku tegorocznych laureatów Kinder+Sport, czyli w czwartej, piątej, szóstej klasie szkoły podstawowej?
- Skakałem wzwyż, biegałem 60 i 300 metrów, ogólnie uprawiałem lekką atletykę w zwykłej podstawówce nr 2 w Kętach. Zawsze pchałem się do sportu, bo sprawiał mi ogromną przyjemność. Wolałem spędzać czas na treningach niż na lekcjach. (śmiech) Nawet gdy późno wracałem do domu, wciąż było mi mało i chodziłem grać "na pole", jak się u nas mówiło. Nie mogłem rozstać się z piłką.
W jakim wieku po raz pierwszy zetknął się pan z siatkówką?
- Tata był siatkarzem, więc siatkówka poniekąd od początku była mi bliska. Jednak po raz pierwszy spróbowałem swych sił w tej dyscyplinie w wieku 13 lat. Brat Maciej grał w Hejnale Kęty i w wolnych chwilach chodziłem z nim na treningi. Czasami brakowało chłopaków by zbudować drużynę, bo grupa liczyła tyle osób, ile w danej chwili mogło się zebrać, więc w końcu zaproszono mnie do zespołu. Gra nieźle mi wychodziła, połknąłem bakcyla i tak już zostało.
Jakie wydarzenie z początków kariery najbardziej utkwiło panu w pamięci?
- Hejnał był biednym klubem i dysponowaliśmy jedynie czterema, może pięcioma piłkami. Każdy zabierał jedną do domu, a potem przychodził z nią na trening. Pamiętam, że kiedyś dostałem taką białą "nówkę" i trochę bałem się nią grać, bo przecież była klubowa. Nie chciałem jej zepsuć. Wtedy naprawdę ciężko było dostać piłki, nie mówiąc już o firmowych butach.
Ze wszystkim był problem, ale takie były wtedy czasy...
- Na wszystko jednak można było znaleźć sposób. Ja grałem w zwykłych białych trampkach, ale malowałem na nich z boku paski, żeby wyglądały na oryginalne. A pierwsze buty Adidasa to dopiero było wydarzenie! Dostałem je od brata, gdy jechałem na turniej makroregionu śląskiego.
Rozgrywało się wtedy turnieje na wzór dzisiejszego finału minisiatkówki?
- Skąd, a jeśli nawet, przynajmniej ja nie miałem okazji brać w nich udziału. Dopiero w czasach juniorów młodszych i starszych, a później w trzeciej lidze mogłem w ogóle gdzieś wyjechać. Hejnał był niewielkim klubem, więc w pewnym momencie zaczęto mnie wypożyczać do innych zespołów bym mógł się dalej rozwijać. Pieniędzy w Kętach może wtedy nie było, za to z całą pewnością w klubie zbierali się pasjonaci, którzy kochali to co robią i starali się robić to jak najlepiej.
Wiele się zmieniło?
- Gdy chodzi o dzieci, to tak. Dziś mają znacznie więcej możliwości. Jedną z nich był choćby turniej Kinder+Sport. Jego uczestnicy są jeszcze za młodzi, by docenić wartość turnieju, ale wkrótce to zrozumieją. Mają ogromną szansę na to, by doskonalić się w tym sporcie.
Takie turnieje to chyba dobry pierwszy krok na drodze do kariery.
- Dzieciństwo to taki etap życia, w którym każdy odbija piłkę dla przyjemności. Wiadomo, że nie wszyscy będą kiedyś grali na najwyższym poziomie, bo to niemożliwe. Ale na pewno taki turniej pokaże im czy warto dalej bawić się w ten sport i w niego inwestować. Część zapewne stwierdzi, że lepiej spróbować czegoś innego. Każdy ma talent w innych dziedzinach, trzeba po prostu trafić w swoją dyscyplinę i dobrze wykorzystać ten talent. I nie ma znaczenia gdzie się mieszka. Tegoroczny turniej minisiatkówki pokazał, że nawet będąc z mniejszych miejscowości można coś wielkiego w życiu osiągnąć. Ja też jestem tego przykładem.
Do Zabrza przyjechało mnóstwo młodych ludzi, ale generalnie młodzież nie ciągnie do sportu.
- Na pewno statystyki nie przemawiają za sportem. W szkole coraz więcej młodzieży ucieka do komputerów i innych gadżetów, byle nie uprawiać sportu czy urwać się z lekcji WF-u. To trzeba zmienić.
Sukcesy polskiej reprezentacji z pewnością mogą poprawić tę niekorzystną sytuację. Dzięki wam coraz więcej dzieci dziś garnie się do siatkówki.
- Wiemy, że nas lubią i my też się z nimi utożsamiamy. Nie chcemy być dla nich niedostępni, nie chcemy by oglądali nas tylko w telewizji albo z dystansu, więc staramy się brać udział we wszelakich akcjach, gdy tylko jest ku temu okazja.
Ciągle pojawiają się głosy, że w Polsce funkcjonuje za mało ośrodków dla młodzieży, zgadza się pan z tą tezą?
- Nie jest ich mało, jednak z pewnością wiele z nich nie dysponuje wystarczającą ilością pieniędzy. Działacze sami muszą troszczyć się o finanse, biegać za sponsorami po to, by utrzymać sekcje. Przydałaby się im większa pomoc ze strony PZPS-u, innych federacji czy stowarzyszeń. Tu można zrobić krok naprzód.
Na koniec proszę powiedzieć dlaczego według pana warto grać siatkówkę.
- Bo to piękny sport. Nie jest nudny, wręcz przeciwnie - jest nieprzewidywalny, bo na boisku dużo się dzieje. Przy okazji można poznać wspaniałych ludzi i gościć w wielu interesujących miejscach na świecie, choć trzeba się też liczyć z tym, że czasu na zwiedzanie raczej nie będzie (śmiech). Siatkówka pozwala ukształtować własną osobowość, może właśnie przez to, że chcąc nie chcąc szybciej się dojrzewa. Już w wieku 15 lat wyjechałem z domu i w jakimś stopniu musiałem sobie radzić sam. Poza tym można fajnie przeżyć życie. Sport jest wielką przygodą, choć niestety nie będzie ona trwała wiecznie. Jest tylko jedno "ale" - trzeba "zakochać się" w tym co się robi i czerpać radość. Nie można grać w siatkówkę z przymusu, dlatego, że "ktoś każe". Bez pasji nie ma sukcesów.
Jakie pytania dzieci zadają panu najczęściej?
- Zwykle proszą mnie o autograf. Ale ostatnio byłem zaskoczony, gdy w Spale podeszła do mnie dziewczyna z SMS-u i najpierw poprosiła o koszulkę, bo grała z tym samym numerem, a potem zapytała jak zbudować zespół i jak powinien on funkcjonować. To było bardzo miłe, bo nie sądziłem, że ktoś może chcieć ode mnie takiej odpowiedzi.
A może po prostu nadaje się pan na trenera.
- To wcale nie jest taka prosta praca. Wiem, że dla wielu młodych ludzi jestem wzorem, autorytetem i chcą się ze mną utożsamiać. Ale czy zostanę kiedyś trenerem? Jeszcze nie wiem czy pójdę w tym kierunku. Choć jest to możliwe, bo mam ukończony kurs instruktora piłki siatkowej.
Pamięta pan co robił w wieku tegorocznych laureatów Kinder+Sport, czyli w czwartej, piątej, szóstej klasie szkoły podstawowej?
- Skakałem wzwyż, biegałem 60 i 300 metrów, ogólnie uprawiałem lekką atletykę w zwykłej podstawówce nr 2 w Kętach. Zawsze pchałem się do sportu, bo sprawiał mi ogromną przyjemność. Wolałem spędzać czas na treningach niż na lekcjach. (śmiech) Nawet gdy późno wracałem do domu, wciąż było mi mało i chodziłem grać "na pole", jak się u nas mówiło. Nie mogłem rozstać się z piłką.
W jakim wieku po raz pierwszy zetknął się pan z siatkówką?
- Tata był siatkarzem, więc siatkówka poniekąd od początku była mi bliska. Jednak po raz pierwszy spróbowałem swych sił w tej dyscyplinie w wieku 13 lat. Brat Maciej grał w Hejnale Kęty i w wolnych chwilach chodziłem z nim na treningi. Czasami brakowało chłopaków by zbudować drużynę, bo grupa liczyła tyle osób, ile w danej chwili mogło się zebrać, więc w końcu zaproszono mnie do zespołu. Gra nieźle mi wychodziła, połknąłem bakcyla i tak już zostało.
Jakie wydarzenie z początków kariery najbardziej utkwiło panu w pamięci?
- Hejnał był biednym klubem i dysponowaliśmy jedynie czterema, może pięcioma piłkami. Każdy zabierał jedną do domu, a potem przychodził z nią na trening. Pamiętam, że kiedyś dostałem taką białą "nówkę" i trochę bałem się nią grać, bo przecież była klubowa. Nie chciałem jej zepsuć. Wtedy naprawdę ciężko było dostać piłki, nie mówiąc już o firmowych butach.
Ze wszystkim był problem, ale takie były wtedy czasy...
- Na wszystko jednak można było znaleźć sposób. Ja grałem w zwykłych białych trampkach, ale malowałem na nich z boku paski, żeby wyglądały na oryginalne. A pierwsze buty Adidasa to dopiero było wydarzenie! Dostałem je od brata, gdy jechałem na turniej makroregionu śląskiego.
Rozgrywało się wtedy turnieje na wzór dzisiejszego finału minisiatkówki?
- Skąd, a jeśli nawet, przynajmniej ja nie miałem okazji brać w nich udziału. Dopiero w czasach juniorów młodszych i starszych, a później w trzeciej lidze mogłem w ogóle gdzieś wyjechać. Hejnał był niewielkim klubem, więc w pewnym momencie zaczęto mnie wypożyczać do innych zespołów bym mógł się dalej rozwijać. Pieniędzy w Kętach może wtedy nie było, za to z całą pewnością w klubie zbierali się pasjonaci, którzy kochali to co robią i starali się robić to jak najlepiej.
Wiele się zmieniło?
- Gdy chodzi o dzieci, to tak. Dziś mają znacznie więcej możliwości. Jedną z nich był choćby turniej Kinder+Sport. Jego uczestnicy są jeszcze za młodzi, by docenić wartość turnieju, ale wkrótce to zrozumieją. Mają ogromną szansę na to, by doskonalić się w tym sporcie.
Takie turnieje to chyba dobry pierwszy krok na drodze do kariery.
- Dzieciństwo to taki etap życia, w którym każdy odbija piłkę dla przyjemności. Wiadomo, że nie wszyscy będą kiedyś grali na najwyższym poziomie, bo to niemożliwe. Ale na pewno taki turniej pokaże im czy warto dalej bawić się w ten sport i w niego inwestować. Część zapewne stwierdzi, że lepiej spróbować czegoś innego. Każdy ma talent w innych dziedzinach, trzeba po prostu trafić w swoją dyscyplinę i dobrze wykorzystać ten talent. I nie ma znaczenia gdzie się mieszka. Tegoroczny turniej minisiatkówki pokazał, że nawet będąc z mniejszych miejscowości można coś wielkiego w życiu osiągnąć. Ja też jestem tego przykładem.
Do Zabrza przyjechało mnóstwo młodych ludzi, ale generalnie młodzież nie ciągnie do sportu.
- Na pewno statystyki nie przemawiają za sportem. W szkole coraz więcej młodzieży ucieka do komputerów i innych gadżetów, byle nie uprawiać sportu czy urwać się z lekcji WF-u. To trzeba zmienić.
Sukcesy polskiej reprezentacji z pewnością mogą poprawić tę niekorzystną sytuację. Dzięki wam coraz więcej dzieci dziś garnie się do siatkówki.
- Wiemy, że nas lubią i my też się z nimi utożsamiamy. Nie chcemy być dla nich niedostępni, nie chcemy by oglądali nas tylko w telewizji albo z dystansu, więc staramy się brać udział we wszelakich akcjach, gdy tylko jest ku temu okazja.
Ciągle pojawiają się głosy, że w Polsce funkcjonuje za mało ośrodków dla młodzieży, zgadza się pan z tą tezą?
- Nie jest ich mało, jednak z pewnością wiele z nich nie dysponuje wystarczającą ilością pieniędzy. Działacze sami muszą troszczyć się o finanse, biegać za sponsorami po to, by utrzymać sekcje. Przydałaby się im większa pomoc ze strony PZPS-u, innych federacji czy stowarzyszeń. Tu można zrobić krok naprzód.
Na koniec proszę powiedzieć dlaczego według pana warto grać siatkówkę.
- Bo to piękny sport. Nie jest nudny, wręcz przeciwnie - jest nieprzewidywalny, bo na boisku dużo się dzieje. Przy okazji można poznać wspaniałych ludzi i gościć w wielu interesujących miejscach na świecie, choć trzeba się też liczyć z tym, że czasu na zwiedzanie raczej nie będzie (śmiech). Siatkówka pozwala ukształtować własną osobowość, może właśnie przez to, że chcąc nie chcąc szybciej się dojrzewa. Już w wieku 15 lat wyjechałem z domu i w jakimś stopniu musiałem sobie radzić sam. Poza tym można fajnie przeżyć życie. Sport jest wielką przygodą, choć niestety nie będzie ona trwała wiecznie. Jest tylko jedno "ale" - trzeba "zakochać się" w tym co się robi i czerpać radość. Nie można grać w siatkówkę z przymusu, dlatego, że "ktoś każe". Bez pasji nie ma sukcesów.
ROZMAWIAŁA KATARZYNA KAJZEREK





