Logowanie
Login:  
Hasło:  
MAGAZYN Siatkówka Online
okładka
pobierz elektroniczne wydanie Magazynu Siatkówka

pobierz
Prenumerata
Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać nowości
podaj swój email


Osoby na stronie :
Osoby zalogowane : 0
Goście : 3
Strona główna Wszystkie aktualności
 
Pokaż:
Katarzyna Skowrońska-Dolata: Głód sukcesu
16/01/2010 14:22:29
Katarzyna Skowrońska-Dolata: Głód sukcesu

Słońce, morze, plaża, góry... Pesaro to małe miasteczko zamieszkiwane przez niespełna 90 tysięcy mieszkańców. To właśnie tutaj dwa ostatnie lata spędziła Katarzyna Skowrońska-Dolata, grając w miejscowym klubie Scavolini Pesaro. W tym sezonie zespół broni mistrzostwa, pucharu i superpucharu Włoch. „Magazyn Siatkówka” postanowił odwiedzić siatkarkę we Włoszech i zadać przy okazji kilka pytań.

 

Ten rok pod względem sportowym był dla pani wyjątkowo trudny. Najpierw przytrafiła się kontuzja Achillesa wymagająca długoterminowego leczenia, a jakby tego było mało, na początku grudnia pojawiły się problemy z kostką.

- Tak naprawdę tego mi jeszcze „do szczęścia” brakowało. Zdążyłam zagrać trzy mecze w lidze, po czym na jednym z treningów zdarzył się nieszczęsny wypadek. Początkowo nie byłam w stanie zrobić żadnego ruchu w bok, noga nawet usztywniona mnie bolała. Szczęście w nieszczęściu, bo nie zrobiłam sobie nic złego, kostka nie była skręcona, nie zerwałam też więzadła, tylko lekko je naciągnęłam. W klubie nie chcieli podawać mi proszków czy szczególnych medykamentów, ani wpuszczać na boisko zbyt szybko. Zresztą słusznie, bo ryzyko pogłębienia kontuzji przy takim nadwyrężeniu jak moje gwałtownie wrasta. Kontuzja Achillesa którą przeszłam wcześniej sprawiła, że teraz wszyscy na mnie chuchają i dmuchają, byle tylko nic poważniejszego mi się nie stało.

 

W siatkówce zasłynęła pani jako środkowa. Skąd pomysł zmiany pozycji na atak?

- Co ciekawe pierwsze kroki w siatkówce stawiałam na przyjęciu, u trenera Teofila Czerwińskiego w Skrze Warszawa. Potem byłam środkową, później atakującą, potem środkową i atakującą, a teraz jestem tylko atakującą. I mam nadzieję, że tak zostanie, bo nie chcę już niczego zmieniać. To jest pozycja która mi odpowiada i na której się realizuję, choć zdaje sobie sprawę, że muszę się jeszcze wiele uczyć.

 

Nawet statystyki potwierdzają, że atak jest pani specjalnością. Niedawno przekroczyła pani granicę 1500 zdobytych punktów w lidze włoskiej...

- ...ale pracowałam na te punkty aż cztery lata! I bynajmniej nie są one tylko moją zasługą, lecz całego zespołu. Sama nic bym nie osiągnęła. Ktoś musi przecież przyjąć piłkę i mi ją wystawić. Siatkówka to sport zespołowy, stąd sukcesy indywidualne są zdecydowanie mniej ważne niż te, które osiąga drużyna.


Jak się żyje w Pesaro?

- Dobrze. To jest małe miasteczko, ale niczego mi nie brakuje. Jest piękne morze, plaża, góry, dobre jedzenie, szczególnie ryby. Włosi mogą pochwalić się doskonałą organizacją, może w życiu trochę mniej, ale w siatkówce z pewnością. Czuję się tu spełniona. Miałam dużo szczęścia, że trafiłam do takiego klubu, jak Scavolini gdzie mogę się rozwijać i grać bez stresu i presji. Choć tu każdy trening i każda piłka są ważne.

 

Od czterech lat gra pani w Serie A. Który z włoskich klubów wspomina pani najcieplej: Vincenzę, Novarę czy Pesaro?

- Pesaro. „Jakość” jest tutaj wszędzie. Mam na myśli sposób w jaki się trenuje, jak podchodzi się do treningów. Gdy witasz się, mówisz „dzień dobry”, ludzie są zawsze do ciebie bardzo pozytywnie nastawieni. Nikt tu nie narzeka, ale takie zachowanie jest typowe dla Włochów. My, Polacy, czasami mamy skłonności do pesymizmu, zaś Włochy to kraj optymistów. Szczególnie odczułam to gdy byłam kontuzjowana. Każdego dnia ludzie do mnie podchodzili, uśmiechali się, wspierali życząc powrotu do zdrowia. W zespole nikt nikogo nie stresuje, nigdy nie widziałam ponurych twarzy mimo, iż spotykamy się na treningach codziennie. Zawsze są pozdrowienia, żarty, luźna, fajna atmosfera. Oczywiście gdy trzeba potrafimy na siebie nakrzyczeć albo pokłócić się na boisku, jednak wszystko to w dobrym celu. Fantastyczną rzeczą jest też to, że można powiedzieć sobie trzy słowa „po męsku” i nikt za to się nie obrazi. Każdy wie, że to zachowanie nie jest złośliwe, a jak masz problem na boisku to bardzo ci pomaga, stymuluje i pozwala grać lepiej. W Polsce trochę brakuje takiego swobodnego podejścia.

 
Pani w Pesaro jest prawdziwą gwiazdą...

- Nie, broń Boże! Nie czuję się gwiazdą. To miłe gdy po meczu kibice podchodzą i proszą o autograf, ale ja jestem normalną dziewczyną. We Włoszech mam jednak więcej spokoju niż w Polsce. Mogę bez przeszkód wyjść wieczorem do restauracji. Wiem, że gdy pójdę na zakupy, to nikt nie będzie mi zaglądać do koszyka.

 

Włosi doceniają nie tylko pani umiejętności. Jak zdobyła pani tytuł Miss Volleyrosa?

- To było dawno i już nią nie jestem (śmiech). A tak w ogóle to mam do tego typu wyróżnień dystans, bo są tworzone wyłącznie ze względu na kibiców, a z siatkówką niewiele mają wspólnego. Gdy wręczano mi nagrodę myślałam jedynie o tym, gdzie tu się schować na hali, po zakończeniu ceremonii. Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Takie rzeczy mnie zawstydzają. Jestem zwykłą dziewuchą...

 
...w dodatku bardzo ładną.

- Proszę się rozejrzeć i zobaczyć ile jest wokół atrakcyjniejszych dziewczyn ode mnie. Ot choćby tu, w Pesaro. W naszym zespole grają naprawdę bardzo ładne siatkarki. Jednak zawsze myślałam, iż Włochom dużo bardziej podobają się wysokie blondynki, takie jak typowe Polki. Ale ponoć uroda to kwestia gustu.


Wyobraża sobie pani siebie grającą w lidze włoskiej przez najbliższych kilka lat?

- Jak zdrowie da, to czemu nie. Podoba mi się tutaj i jestem tutaj szczęśliwa. Cały czas zastanawiam się czy wrócić do Polski czy może jednak tutaj się osiedlić. Nie podjęłam ostatecznej decyzji, choć jestem już zameldowana we Włoszech. Muszę jeszcze raz przemyśleć tę sprawę.

 

ROZMAWIAŁA W PESARO KATARZYNA KAJZEREK


więcej w grudniowym numerze "Magazynu Siatkówka"

Positive-Power