Logowanie
Login:  
Hasło:  
MAGAZYN Siatkówka Online
okładka
pobierz elektroniczne wydanie Magazynu Siatkówka

pobierz
Prenumerata
Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać nowości
podaj swój email


Osoby na stronie :
Osoby zalogowane : 0
Goście : 1
Strona główna Wszystkie aktualności
 
Pokaż:
Zbigniew Bartman: Ciao Italia (cz.II)
04/02/2010 13:54:50
Zbigniew Bartman: Ciao Italia (cz.II)
Dziś druga część rozmowy ze Zbigniewem Bartmanem, a w niej o cud-diecie, siatkarskich predyspozycjach i kobietach. Zapraszamy do lektury.

To prawda, że kiedyś zagrywka nie była pana mocną stroną?
- Nie, w tym elemencie nigdy nie odstawałem. Mało tego, jako młody zawodnik często wchodziłem na boisko tylko i wyłącznie po to, by wykonać zagrywkę. Tak było choćby podczas pierwszego sezonu w Politechnice. Pamiętam nawet swoją pierwszą zagrywkę, kiedy udało mi się ustrzelić Krzyśka Ignaczaka. Graliśmy wtedy w drugiej kolejce u siebie z Bełchatowem. To prawda, że trochę zatraciłem swój serwis w okresie, kiedy występowałem na plaży. Teraz jednak cały czas nad nim pracuję i chyba jest coraz lepiej. Brakuje mi jeszcze trochę regularności, bo co do siły, nikt chyba nie ma wątpliwości. (śmiech)

To może zdradzi pan tajemnicę skąd taka siła?
- To nie tajemnica, lecz pewne predyspozycje fizyczne, u każdego różne. Mam na myśli mięśnie, budowę stawów, wzrost, wyskok, szybką rękę - wszystkie te czynniki przekładają się na postawę na boisku. Decydują o tym czy ktoś jest skoczny, silny, wysoki. Do tego dochodzi ciężka praca na siłowni. Nie ukrywam, że są tacy zawodnicy, którzy nigdy nie będą atakować z ogromną siłą, jak chociażby Matej Cernić.

Pan ma nawet boiskowy pseudonim "rzeźnik" i bryluje (nie tylko) w siatkarskich "gwoździach". Podczas meczu gwiazd PlusLigi 2009 wygrał pan konkurs na najmocniejszy atak.
- Gdy byłem dzieckiem "gwoździe" zawsze były nagrodą po dobrych treningach. Każdy młody zawodnik lubi atakować jak najkrócej i jak najwyżej, bo to jest widowiskowe i bardzo przyjemne. Jednak trenerzy zawsze szkolili nas by nie zaginać piłki, bić daleko, długo, a najlepiej po bloku, stąd "gwoździe" były tylko taką potreningową atrakcją. Pamiętam pewną śmieszną sytuację, kiedy w MOS-ie Wola podszedł do nas trener i powiedział, że kończymy trening gdy któryś z nas, siatkarzy, uderzy piłkę nad balkon. Tyle, że ten balkon był naprawdę wysoko i chyba nikomu się to nie udało. Oczywiście to był tylko żart.

Pana ojciec od lat związany jest z siatkówką. Jak duży wpływ ma na pana zawodowe decyzje?
- Słowo wpływ można różnie rozumieć. Ojciec zawsze był moim mentorem. To on zaraził mnie siatkówką, od niego uczyłem się podstaw gry. Do dziś się z nim konsultuję, zasięgam jego opinii, bo do kogo mam się zwrócić, jak nie do własnego ojca. To przecież najważniejszy człowiek w moim życiu! Rozmawiamy więc jaki klub byłby dla mnie najlepszy, jakie warunki najkorzystniejsze, jednak ostatecznie decyzję podejmuję ja, bo dotyczy bezpośrednio mojej osoby.

A mama?

- Mama zawsze była moją opiekunką. Dbała abym dobrze się odżywiał, przypominała mi bym jadł owoce i warzywa, bo dzięki temu w organizmie nie zabraknie niezwykle cennych minerałów i witamin. Nie jest tajemnicą, że sportowcy cyklicznie, co półtora miesiąca robią badania krwi. Mama zawsze przeglądała te wyniki i analizowała czego brakuje. Zna się na tym trochę, bo z wykształcenia jest fizjoterapeutką. Zawsze starała się być moją "tarczą ochronną".

Rodzice nie należą do ludzi nadzwyczaj wysokich. Stąd wzrost w pana przypadku to chyba jednak nie kwestia genów.

- Nie, hodowano mnie (śmiech). A tak poważnie, rzeczywiście tata ma 178 cm, a mama 170 cm. Z pewnością w jakimś sensie można wpłynąć na parametry. Wzrost człowieka jest wykładową wielu współczynników. Na pewno genetyka, czyli predyspozycje przejęte po rodzicach, też mają wpływ, ale z drugiej strony znam wiele osób, którzy maja wysokich rodziców, ale ich nie przerośli. Bardzo ważne jest prawidłowe odżywianie, odpowiednia ilość snu, właściwe prowadzenie się. Wszystkie używki typu alkohol, kofeina, tytoń hamują współczynnik wzrostu. Te czynniki mają niebagatelny wpływ na to jak wyglądasz, choć oczywiście pewnych granic nie da się przekroczyć.

Gdyby to było takie proste, to dziś wszyscy nieźle zapowiadający się siatkarze byliby bardzo wysocy.
- Ależ to wcale nie jest proste! Konieczne jest wiele poświęceń. Które dziecko lubi pić wyciskane soki marchewkowe albo wcinać nabiał? Ja piłem, choć do dziś tego nie znoszę. To są takie drobne wyrzeczenia, które procentują później w przyszłości. Pamiętam, że jako dziecko zawsze chodziłem wcześnie spać, bo człowiek rośnie podczas snu, kiedy organizm regeneruje się. Taka jest nasza natura. Oszukać się jej nie da, ale można ją wspomóc.

Nawyk zdrowego odżywiania pozostał w panu do dnia dzisiejszego?
- Moja mama świetnie gotuje. Jednak gdy jestem sam, co się często zdarza, z tym odżywianiem różnie bywa. Czasem mam ochotę sam sobie coś przyrządzić i gotuję. Wtedy staram się, by potrawa składała się z dobrych, wartościowych składników, bogatych we wszystkie witaminy i minerały, które są mi potrzebne. Gdy nie mam czasu na gotowanie, chodzę do restauracji, ale wybieram tylko te, które przygotowują jedzenie wysokiej jakości. Jak każdy facet lubię dobrze zjeść.

Należy pan do tych sportowców, którzy podobają się kobietom.
- Zdaję sobie z tego sprawę i cieszę się z tego powodu. Ale kto by się nie cieszył będąc w takiej sytuacji? (śmiech)

Na meczach kolejka fanek po autograf czy zdjęcie, masa komplementów w internecie. Popularność, szczególnie ze strony płci pięknej nie przeszkadza panu?
- Nie. Właściwie mogę powiedzieć, że nawet jej nie odczuwam, ponieważ poza boiskiem jej nie ma. I mówię to całkiem poważnie. Nie jest tak, że nie mogę wyjść z domu, bo czeka pod nim tłum fanek i wszyscy mnie rozpoznają. Gdy spaceruję po Warszawie rzadko zdarza się, że ktoś mnie zaczepi czy zatrzyma. W Częstochowie było podobnie. Jestem normalnym chłopakiem.

ROZMAWIAŁA KATARZYNA KAJZEREK

więcej w "Magazynie Siatkówka"
Positive-Power